Jestem ogromnie zachwycona! Yami w końcu napisała notkę i to była dla mnie ogromna niespodzianka! Faktycznie straszliwie na nią naciskałam żeby w końcu pojawiła się dalsza część fabuły. Niestety moja dzisiejsza notka nie jest kontynuacją. Rozdział VI pojawi się najpewniej w przyszłą niedziele.
To moja najpierwsza w życiu miniaturka, więc strasznie przepraszam za wszelkie niedogodności. Nie miałam pojęcia jak nazwać nowe postaci, a że też nie chciałam wam mieszać w głowach, nazwałam ich tak samo jak już były w moich notkach (rozdział 2 i 4)
Nie jestem dobra (tak mi się wydaje) w scenach +18, ale jeśli ktoś mimo wszystko będzie chciał mnie wypróbować, i przy okazji zepsuć sobie wzrok, to proszę napisać, a może pojawi się jakaś mocniejsza scena.
Ps. Miniaturkę tą uznawajcie jako taką małą niespodziankę oraz znak, że ten dzień jest naszą "reaktywacją".
Pozdrawiam
Ayanami
UWAGA!! MINIATURKA NIE MA NIC WSPÓLNEGO Z FABUŁĄ!!!
Inspiracja: piosenka Avril Lavigne When You're Gone
Strach. Groza. Ból. Ciemność. Zimno. Bezsilność.
Obudziłam się przeraźliwie spocona i wystraszona. Dyszałam w ciemności nocy jakbym przed chwilą przebiegła dłuższy dystans. Co to miało być? Ciemność wciąż była obecna, więc przez moment nie byłam pewna czy jeszcze żyję, czy... zostałam przygnieciona prze to co mnie przed chwilą tak przeraziło. Nigdy nie śniły mi się tak niezrozumiałe i chaotyczne obrazy jak tej nocy. Wiedziałam niestety z jakiego powodu pojawiały się one akurat tego dnia. Poczułam na swoim karku chłodne, długie palce. Ktoś mnie dotykał. Wzdrygnęłam się gotowa do ucieczki w razie potrzeby, a przecież wiedziałam, że to miłość mojego życia, mój ukochany, mój mąż, który przecież od ponad 3 miesięcy spał ze mną w tym samym łóżku. Poczułam jego delikatny pocałunek na moim karku, który, jak zwykle, potrafił mnie uspokoić.
- No? Co tym razem? - zapytał zaspanym, ale pełnym troski głosem.
- S-Sama nie wiem, ale... to było straszne.
Wtuliłam się w jego nagą pierś i starałam się znów zasnąć. Zaczął bawić się moimi włosami. Uwielbiałam kiedy to robił.
Po 3 miesiącach małżeństwa znał mnie na wylot. Wiedział co lubię, o czym marzę. Tymczasem ja wciąż poznawałam go od nowa. Potrafił zaskoczyć mnie czymś czego całkowicie się po nim nie spodziewałam. Nasz ślub wspominam jako najpiękniejszy dzień mojego życia. Ja - w pięknej białej sukni idąca do ołtarza, ale spanikowana, sztywna i potykająca się co chwilę, a On - opanowany i piękny, czekał na mnie. Nigdy nie zapomnę momentu kiedy drzwi się otworzyły, wszyscy spojrzeli w moją stronę, a ja całą moją uwagę skupiłam na tym człowieku, który na mój widok zawołał tylko zbyt głośne "WOW".
Czekał aż zasnę pierwsza, ale ja wolałam jeszcze chwilę popatrzeć na jego śpiącą twarz. Spowolniłam nieco oddech i wyrównałam i czekałam aż zrobi to samo. Nie chciałam spać tej nocy. Niepewność i przerażenie zżerało mnie od środka. Miałam bardzo złe przeczucia spowodowane tym snem i byłam niemal pewna, że to dotyczy jego, Yoha, i jego jutrzejszej wyprawy. Od początku nie chciałam się zgodzić na jego wyjazd, ale cóż mogła poradzić jedna, rozhisteryzowana żona kiedy od tej wyprawy zależała dalsza kariera jej męża? Yoh to łowca shikich (shiki - dowolny rodzaj postaci paranormalnych np. wampir, wilkołak, wróżka, ogr). Nie normalnych, ale tych niebezpiecznych, tych, które oszalały lub po prostu wybrały ciemną drogę. Wyprawa dotyczyła zniszczenia watahy Wilkołaków, które ogarnęło szaleństwo. Za każdym razem martwiłam się kiedy Yoh dostawał zlecenie, ale tym razem to było coś zupełnie innego. Nikt nie mógł złapać owej watahy, a wszyscy, którzy wyruszali nie wracali. Często ich żonom i dzieciom zwracano jedynie rękę, palec lub inną część ciała łowcy. Zwykłe Wilkołaki mimo wszystko nie zjadały ludzi, chyba że targał nimi ogromny głód. Zwykle zamieniały ich w jednego z nich lub po prostu zabijały dla przyjemności. "Te" przed zjadaniem i zabiciem rozszarpywały swoją ofiarę i wyciągały z niej organy wewnętrzne przystrajając nimi miejsca, w których się obecnie znajdowały i zaczynały jeść czekając aż ofiara umrze z bólu. Wielu leśników widziało te miejsca na własne oczy i udokumentowano to jako atak wilkołaków. Byłam pewna, że wkrótce to zadanie dosięgnie Yoha. Był jednym z lepszych w swoim fachu, jednak wciąż pozostawała nadzieja, że ktoś ukatrupi te potwory. Strach był tym większy, że moja prababcia była wyrocznią, a ja, w minimalnym stopniu, ale jednak, odziedziczyłam jej moc przewidywania niektórych wydarzeń. Działo się to bez ostrzeżenia. Ja sama nie umiałam tego przywołać, a wizje zwykle były bardzo niejasne, ale dało się z nich odczytać wszystko co mogło być przydatne. Tym razem była tylko ciemność i kołatanina przeróżnych uczuć i emocji, a do tego ten sen...
Dotknęłam jego kędziorków koloru blond. W ciemności delikatnie głaskałam jego zamknięte oczy, nos, policzki aż zjechałam do ust i zapragnęłam złożyć na nich pocałunek. Musnęłam jego wargi swoimi i poczułam, że oddaje pocałunek. Wplotłam palce w jego włosy i przylgnęłam do niego swoim nagim ciałem chcąc mieć go jak najbliżej siebie.
- Chyba już odpoczęłaś. Gotowa na drugą rundę?
W odpowiedzi tylko westchnęłam podczas pocałunku kiedy jego ręka dotknęła moich delikatnych piersi, a kolano wsunęło się między moje gorące uda.
***
Yoh musiał wcześnie wstać. Podróż była daleka, więc i bagażu musiał wziąć więcej. Naszykowałam mu wszystko co według mnie mogło mu się przydać. Wstałam razem z nim, mimo że czułam się zmęczona i nieco połamana po wczorajszej upojnej nocy, ale byłam świadoma, że on pewnie czuje to samo. Wyszłam z nim aż do bramy miasta. Jestem pewna, że wyczuł mój niepokój, ale musiałam zobaczyć jak odchodzi. Uśmiechnął się w moją stronę zapewne chcąc już ruszać, ale złapałam go za rękę. Rzucił torbę pod nogi i przytulił mnie mocno. Czułam, że po moim policzku spłynęła jedna łza, ale nie mogłam jej pokazać Yohowi.
- Yoh, chcę iść z tobą.
Uniósł mój podbródek tak, żebym spojrzała mu prosto w oczy i wyszeptał:
- Ayane, obiecuję, będzie dobrze. Wrócę nim się obejrzysz. Przyrzekam.
- Cały miesiąc to strasznie długo.
- Może uda mi się ich szybciej znaleźć i wrócę, na przykład, za 2 tygodnie. Poza tym nie będziesz sama. Przecież tuż obok mieszka twoja siostra, Ana.
Spuściłam głowę.
- Nie chcę żebyś jechał. Mam strasznie złe przeczucia.
Nie chciałam mu mówić o śnie, ale zwykle liczył się z moimi przeczuciami i ufał mi jeśli chodziło o moje wizje. Miałam nadzieję, że przez to będzie ostrożniejszy.
- Wiesz, że nie mogę się teraz wycofać - powiedział - Przyrzekam ci, że wszystko będzie dobrze.
Zarzucił sobie torbę na ramię, pocałował mnie i zaczął się powoli oddalać. Spojrzał jeszcze raz w moją stronę, pomachał mi i szedł dalej, a ja uciekłam nie chcąc żeby widział moje łzy.
***
Przedzierałem się przez gęste chaszcze tundry, w której się znalazłem. Wiało, było zimno. Po prostu dupnie. Najchętniej zostałbym przy Ayane, przy ciepłym kominku i we własnym łóżku, a nie zawinięty w derkę i do tego na śniegu. Z ciężką bronią w torbie i żyjąc na serze i chlebie. Nie ode mnie, niestety, zależało gdzie będę wykonywał swoją robotę. Tak to jest, że potem trzeba leczyć odmarznięcia, siniaki i niektórzy nawet hemoroidy od siedzenia na zimnym. Właśnie przez takie wyprawy i walkę ze stworami nabawiłem się mnóstwo blizn na całym ciele oprócz twarzy i lewej dłoni. Sorki. Od czasu do czasu facet musi sobie pomarudzić. Mogłem sobie narzekać, ale ta robota to było dla mnie prawdziwe marzenie. Nie chodziło o fakt zabijania, bo to był najgorszy element całej tej gry, ale bardziej o ochronę swoich bliskich i innych, którzy tego potrzebowali. Widok spłakanej matki, która w końcu po tygodniu widzi swoje dziecko znalezione w jaskini Wilkołaka czy też ta wdzięczność wioski, która była nękana dnie i noce przez olbrzymy. Poza tym ten dreszczyk emocji kiedy w końcu udało ci się znaleźć młode Harpii lub uwolnić kolegę z łap Ogra.
Już któryś raz tego dnia przechodziłem obok tropów zostawionych przez Wilkołaki, których szukałem. To na pewno były one. Od czasu do czasu można było znaleźć porozwalane truchła zwierząt, a czasem nawet ludzi i porozwieszane wszędzie "bombki" i "łańcuchy" z nerek, wątroby i jelit. Ślady i tropy Wilkołaków różniły się od zwykłych wilków. Łapy miały większe i czasem stąpały na dwóch zamiast czterech, ich sierść wydzielała specyficzny smród i była dużo bardziej sztywna i wytrzymała. Ich odchody również różniły się wielkością i konsystencją. Nosiły za sobą odór krwi. Wycie wydawało się bardziej ludzkie, a do tego posiadało charakterystyczną chrypkę. W nagłym napadzie szaleństwa Wilkołaki, których szukałem, rzucały się na wszystkie strony łamiąc wszystko na co się natknęły i obijając się zostawiając plamy krwi na korze drzew. Poza tym znaczącą wskazówką było to, że jeden kulał i do tego miał poranioną łapę co było bardzo widoczne w śniegu. Wszystko wskazywało na to, że były już blisko. Misja miała mi zająć miesiąc, a może nawet i dłużej, a tu proszę wyrobię się w trzy tygodnie. Ayane będzie szczęśliwa. Martwiło mnie jej rozkojarzenie i ponury wzrok, który towarzyszył jej przez ostatnie parę dni. Chciałem ją czymś zaskoczyć po powrocie. Zaczynało się ściemniać, a ja nie miałem jeszcze znalezionego żadnego prowizorycznego schronienia. A dupa marzła.
***
Obudziło mnie przeraźliwe wycie. Były blisko. Sięgnąłem do swojej torby i z przerażeniem odkryłem, że nie ma w niej tego czego szukałem. W mojej branży najlepszą bronią na Wilkołaki jest BloodyRider. Pistolet, który wystrzeliwuje konkretne pociski, które potrafią najszybciej uśmiercić Wilkołaka. Nie było go tam. Cholera! Na moment ogarnęło mnie przerażenie. Wszystko co miałem było całkowicie nie przydatne. Nóż myśliwski? Kordelas? Łuk? Nic z tych rzeczy nie pomoże mi zabić 5 wilków tak szybko i łatwo jak bym chciał. Szykowała się ostra walka. Co prawda zastawiłem dwie pułapki na zewnątrz ciemnej jaskini, w której się znajdowałem, ale mogły je co najwyżej zatrzymać na moment zanim reszta pomoże im się uwolnić. Skowyt był coraz donośniejszy, a ja w tym czasie obmyślałem sposób walki. Mogłem poświęcić jedną rękę czy nogę, ale musiałem wrócić żywy. Przyrzekłem to Ayane. Do tego nie mogłem jej zostawić samej. Zwłaszcza teraz. Niedługo w naszym życiu miał się pojawić ktoś nowy. Kto złączy nas na zawsze. Jako dobry mąż musiałem być przy niej. Przeczołgałem się za zewnątrz. Był świt i przez chwilę światło słoneczne oślepiło mnie na tyle żebym mógł zostać zauważony przez moich przeciwników. Jeden z nich zaczął biec w moją stronę z dwóch łap przechodząc na cztery z błyskiem szaleństwa zbliżał się, a ja nie mogłem wyciągnąć noża z pochwy. Uderzył mnie swoim wielkim łbem tak, że przeturlałem się kawałek. Byłem pewien, że tym ciosem mógł złamać mi rękę. Tymczasem ucierpiały tylko ze dwa żebra. Wielki łysawy Wilkołak znów zaczął się do mnie zbliżać zostawiając resztę watahy w tyle. Szybko przebierałem rękami w śniegu. Odszukałem solidny, ciężki, ostry głaz i rzuciłem w stronę przeciwnika. Leciał ze świstem przecinając powietrze. Kamień trafił go między oczy i rozciął mu skórę. Trafiłem go na tyle mocno, że zachwiał się na nogach i padł jak długi do tyłu już martwy. Wyglądał na najstarszego i najbardziej lichego z nich wszystkich, ale chociaż jednego z nich udało mi się załatwić. Wilki przez moment stały w milczeniu. W tym momencie wyglądali jak ludzie co było przerażające. Stały na dwóch, tylnych łapach i patrzyły na mnie swoimi groźnymi, żółtymi oczami i coraz lepiej rozumiały sytuacje, w której się znalazły one i ja. Jeden z nich wydał warkot, a reszta zawyła. Ruszyły w moją stronę. Zacząłem biec przed siebie czując, że zaczynają mnie okrążać. Nie miałem w tym momencie żadnych szans na ucieczkę, a tym bardziej... przeżycie tej okrutnej walki. Wiedziałem jednak, że nie mogę się teraz poddać kiedy jeden z nich padł, a ja wciąż jestem żywy i zdolny poruszać się sprawnie. Zatrzymałem się. Przestałem wyczuwać ich obecność. Ukryły się żeby zaatakować mnie z zaskoczenia. Chwyciłem najbliższą gałąź leżącą na ziemi. Okazała się być dość stabilna, mimo, że była mokra od śniegu i śliska. Wyciągnąłem szybko sztylet, który zawsze nosiłem z tyłu za paskiem. Dostałem go od Ayane po tym kiedy powiedziałem jej o swoim zawodzie. Wtedy wydawało mi się to śmieszne, bo w czym mógł mi pomóc tak mały nożyk kiedy miałbym przy sobie profesjonalną, nowoczesną broń? Tym razem mógł mi on uratować życie. Przywiązałem go do kija i stworzyłem prowizoryczną włócznie. Zacząłem nasłuchiwać kroków ciężkich łap. Niespodziewanie prosto w moją stronę zeskoczył ogromnej wielkości Wilkołak. W ostatniej chwili zdążyłem wyciągnąć w jego stronę narzędzie. Bestia nadziała się na niego i z piskiem wyzionęła ducha mając swoje ostre, wielkie zęby tuż przed czubkiem mojego nosa. Zdążyła zranić moją dłoń swoim długim pazurem. Zabiłem 2, zostały 3. Przeczuwałem, że tym razem zaatakują razem. Chociaż najgorsze było, że mając do czynienia ze zbzikowanymi Stworami nigdy nie wiadomo co zaraz zrobią. Tym razem nie pomyliłem się. Z cienia drzew na białym śniegu zaczął pojawiać się cień, który co chwile robił się coraz dłuższy. Naszykowałem broń wysuwając ją przed siebie. Wilkom piana ciekła z pysków. Jasne. Świetnie. Do tego są jeszcze wściekłe. Nie myślały zbyt długo tylko od razu rzuciły się wszystkie na mnie. Rozpoczęła się okropna szarpanina. Kundle podgryzały, szarpały, drapały i rozpruwały każdy element mojego ciała i ubioru. Ja natomiast dźgałem je gdzie popadnie. Nie była to jedna z walk, które mają jasno opracowane kombinacje. Każdy nasz ruch był czystym przypadkiem. Seria przypadków, która żadnej stronie nie dawała przewagi, ale pozwoliła mi utrzymywać się na równi z trzema wielkimi stworami. W końcu zamachnąłem się i uderzyłem kijem jednego z nich w ucho. Odrzuciło go na bok. Z roztrzaskanego ucha sączyła się krew. Na sierści również miał czerwone plamy. Wszystkie miały. Pytanie brzmiało: czy była to ich krew, czy moja? Powoli opadałem z sił, a Wilkołaki posiadały jej coraz więcej jakby wiedziały o moim samopoczuciu i już tylko czekały żeby dostać się do moich wnętrzności. Leżałem już na ziemi. Jeden z nich skoczył i wylądował na mojej klatce piersiowej i zaczął ją drapać jakby zmiękczał ją, bo miał zamiar zrobić z niej swoje legowisko. Zacząłem krwawic. Miałem zamiar się poddać. Tym bardziej, że Kundel, który przez moment leżał pod drzewem z rozwalonym uchem zaczął się podnosić i zbliżać w moją stronę. Tak właśnie miała wyglądać moja śmierć? Żebym chociaż załatwił większość tych Bestii. Tak. Tak właśnie skończę. Zjedzony. Przez Wilkołaka. Nie bardzo mi się to widziało. Żałosne. Pomyślałem przez chwile jak to jestem sobie porozrzucany po całym lesie, a właściwie to moje "odłamki" i jakiś biedny, przerażony leśniczy to znajduje. Potem tylko trzeba przeprowadzić testy, że to faktycznie ja i... zanieść Ayane którąś z moich części. Cholera. Mogłem sobie i umrzeć. Sczeznąć w żołądku któregoś z tych Stworów.Przypomniałem sobie moje przyrzeczenie. Obietnice, że wrócę. Zebrałem resztki sił, które mi pozostały i uniosłem się robiąc szybki mostek i zrzucając z siebie wilka. Zacząłem biec przed siebie nie zważając na nic. Chciałem tylko biec tak długo aż wymyślę jakiś dobry plan. Trzy Kundle charczały za mną. Z ciemności wyłonił się klif. Ledwo zdążyłem się zatrzymać. Spojrzałem w dół i... nie widziałem dna, ale po odgłosie, który wydawały spadające kamienie z mojego mistrzowskiego hamowania, świadczyło, że gdybym spadł to prawdopodobnie ułatwiłbym moim drogim prześladowcom robotę. Po raz kolejny z mroku wyłoniły się Wilki. Wyszły naprzeciwko mnie w kolejności od największego do najmniejszego. Pierwszy po lewej, największy, nie miał oka, a kolor jego sierści był czarny jak heban. Widać było, że reszta watahy czuła do niego respekt. Na środku stał brązowy "Uszatek" jego uszy były oklapnięte. Był najbardziej poharatany przeze mnie. Z kolei ostatni, najmniejszy, najlepiej pasował na miano kundelka. Był podniecony wszystkim co się wokół niego działo. Można wręcz powiedzieć, że lekko podskakiwał. Można by go pomylić ze zwykłym wilkiem gdyby nie jego długie zęby jak u mamuta.Miałem do wyboru dwie koncepcje. Skoczyć w przepaść lub walczyć. Jaki byłby ze mnie łowca gdybym nie wybrał walki? Doskoczyły do mnie i znów zaczęła się bitwa. Moja włócznia nie nadawała się już do niczego. Ponadgryzana i połamana nadawała się tylko do śmieci. Sztylet był mi teraz potrzebny. Wymachiwałem nim jak szaleniec. W końcu udało mi się odciąć najmłodszemu nogę. Zaczął przeraźliwie i ogłuszająco skomleć. Może i zrobiłoby mi się go szkoda, gdyby nie fakt, że wiedziałem co robił innym niewinnym, bezbronnym ludziom i dzieciom. Nagle ziemia się zatrzęsła. Kundle przestały mnie gryźć. Ucichły, podwinęły ogony i same zaczęły się trząść. Spojrzałem w górę. Tuż przed nami rozciągał się pas lawiny, która ruszyła na nas z niezwykłą prędkością. Było już po nas. Nie było gdzie uciec, a i to byłoby bezsensowne, bo lawina i tak by wszystko wciągnęła. Olbrzymi jęzor rozwalał wszystko na swojej drodze. Drzewa znikały, a zwierzęta uciekały. Mimo własnemu przekonaniu zacząłem biec wzdłuż klifu. Co mi szkodziło? Może skręci? Taaa... Jasne. Skomlenie Wilkołaków ucichło. Teraz moja kolej. Bolało mnie całe ciało po ugryzieniach. Biegło mi się ciężko i czułem, że zwalniam coraz bardziej, aż wreszcie dopadła mnie. Gruzy ciężkiego śniegu doszczętnie mnie przysypały. Ogarnęło mnie zimno. Ciężki śnieg dociskał moją klatkę piersiową, a powietrza i tak brakowało. Ścisnąłem sztylet. Mogłem tylko tyle, bo śnieg uniemożliwiał mi najmniejszy ruch. Nie mogłem zrobić nic żeby się ratować. Lepsza taka śmierć niż bycie pożartym przez Kundelki. Smutne. Ostatni raz pomyślałem o Ayane. O mojej pięknej, świeżo upieczonej żonie, która posiadała coś co będzie jej o mnie przypominało. To będzie pierwsza, ale też ostatnia obietnica, której jej nie dotrzymam. Zimno, ból, ciemność.
***
- Uaaaaaaaw! - ziewnęłam przeciągle.
Już ranek? Zawinęłam się w kołdrę starając się znów zasnąć. Nikt mnie nie budził i nie miałam też zbyt wielu rzeczy do zrobienia. Mogłam sobie pospać. Nie. Nie mogłam. Reka zaplątała mi się we włosy. Uch! A do tego promienie słońca wpadały przez okno, idealnie mierząc w moje oczy. Zapowiadał się piękny dzień. Uśmiechnęłam się delikatnie na te myśl. Może zdarzy się coś miłego? Postanowiłam jednak wstać. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, ale przecież miałam dzisiaj tyle rzeczy do zrobienia, a do tego Yoh miał wrócić z wyprawy w góry. Yoh wraca? O Boże, Yoh wraca! Ogarnęła mnie nieposkromiona radość. Yoh wracał! Nareszcie! W życiu żaden miesiąc nie ciągnął mi się tak długo jak ten. Wygramoliłam się z pościeli i zaczęłam się szykować. Musiałam wyglądać jak najlepiej. Yoh musiał paść z zachwytu jak mnie tylko ujrzy, a potem cały dzień nie wyjdziemy z łóżka. Zaczerwieniłam się lekko na własne myśli. Zaczęłam przebierać w szafie. Nie tak dawno dostałam wiadomość o śmierci szalonej watahy. Odetchnęłam z ulgą. Oznaczało to tylko, że Yoh nie wróci z pustymi rekami. Kto wie może go czymś odznaczą? To właśnie mój ukochany. Zdecydowałam się na letnią sukienkę, którą dostałam od siostry, Any, przed ślubem. Miała mi przynosić szczęście. Ana nie była przekonana do mojego ślubu z Yohem. Ogólnie była na Pana Młodego sceptycznie nastawiona. Pewnie to dlatego, że poznaliśmy się w dziwnych okolicznościach. A może dlatego, że uważała, że w związku z zawodem Yoha nadszarpię sobie nerwy? Często wypominała mi, że przez jego pracę będę nieszczęśliwa. Nigdy nie wiadomo co się może stać, a konsekwencje mogą być tragiczne. Nigdy nie wsłuchiwałam się w jej słowa. Głównie dlatego, że wiedziałam, że ma racje. Ana zawsze była bardzo rozważna. Od dziecka mówiła mi co mam robić, a czego nie. Nigdy się nie myliła. dzięki mojej poważnej, ostrożnej, starszej siostrze zawsze wychodziłam bezpiecznie z groźnych sytuacji. Robiła mi za matkę, której, praktycznie, nie miałyśmy. Do dzisiaj jest stanowcza. Za to ją kocham. Mimo, że dalej nie jest zadowolona z mojego związku, na moim weselu bawiła się cudownie. Do Yoha również się już przekonała.
Związałam włosy, ubrałam się, nałożyłam nawet lekki makijaż, czego zwykle nie robię, i wyszłam zadowolona z domu. Na zewnątrz słońce cudownie świeciło i wiał lekki wiosenny wietrzyk, dzięki któremu nie było zbyt gorąco. Nie miałam pojęcia, o której pojawi się Yoh, dlatego postanowiłam pójść do Any, która, jako, że była żoną zarządcy miasta, wszystko wiedziała jako pierwsza. Chciałam śpiewać i tańczyć niczym w jakiejś bajce. Biegłam w podskokach witając się ze wszystkim co się poruszało. Niedaleko domu Any zauważyłam ją. Siedziała przy fontannie z twarzą złożoną na rekach. Podeszłam do niej cichutko i usiadłam obok.
- Ana? Wszystko w porządku?
Poderwała się z miejsca i spojrzała na mnie oczami pełnymi żalu i bólu.
- Ayane. Myślałam, że jeszcze śpisz.
- Yoh dzisiaj wraca, musiałam się naszykować. Płakałaś. Ana proszę powiedz mi co się stało?
Spuściła głowę. Po chwili usiadła z powrotem i złapała mnie za ręce.
- Ayane... Słyszałaś, że Yoh pokonał jednak watahę?
Spojrzała mi głęboko w oczy. Zaczęłam mieć złe przeczucia.
- Jestem pewna, że słyszałaś. A wiesz w jaki sposób to zrobił?
Pokręciłam głową. Nie było tego w raporcie, a powinno być.
- Nie wiadomo czemu, ale spadła lawina. Akurat w miejscu gdzie były Wilkołaki. I Yoh.
Moje serce na moment przestało bić. Przestałam oddychać, a nawet poruszać się. Czułam tylko pustkę.
- C-Co masz n-n-na myśli? - wychrypiałam w końcu.
Ana ścisnęła moje dłonie, ale nie poczułam bólu ani dyskomfortu. Nic w tym momencie nie czułam.
- Yoh, Yoh już tutaj nie wróci.
Wyszarpałam dłonie z uścisku Any. Poderwałam się do góry.
- Nie! Nie możliwe. Dlaczego kłamiesz? Wróci. Obiecał mi! Przyrzekł, że nic się nie stanie! Nie mają dowodów!
Nie zdawałam sobie sprawy, że mowa zamieniła się w krzyk. Wypowiadając ostatnie słowo zaczęłam jęczeć. To nie był nawet krzyk, tylko głośny, bezkształtny jęk. Stałam na środku drogi i płakałam, ale nie wylałam ani jednej łzy. Nie potrafiłam. Ból rozszarpywał mnie od środka. Moje serce pękło, w płucach brakowało powietrza, a reszta to była tylko pusta przestrzeń. Próżnia, która pochłaniała moje łzy. Przecież obiecał. Obietnic się nie łamie. Zdrajca! Oszust! Zawsze gdy coś mi obiecywał, dotrzymywał danego słowa. Dlaczego akurat tym razem złamał słowo? Czemu? Dlaczego teraz, kiedy to było dla mnie tak strasznie ważne? Nie wiem, w którym momencie Ana mnie przytuliła, nie wiem, w którym momencie znalazłam się w domu, nie wiem, w którym momencie jęk przerodził się w płacz, a płacz w histerię. Wiedziałam tylko, że Ana ze mną była. Cały czas. Ona również płakała.
Już ranek? Zawinęłam się w kołdrę starając się znów zasnąć. Nikt mnie nie budził i nie miałam też zbyt wielu rzeczy do zrobienia. Mogłam sobie pospać. Nie. Nie mogłam. Reka zaplątała mi się we włosy. Uch! A do tego promienie słońca wpadały przez okno, idealnie mierząc w moje oczy. Zapowiadał się piękny dzień. Uśmiechnęłam się delikatnie na te myśl. Może zdarzy się coś miłego? Postanowiłam jednak wstać. Nie miałam na to najmniejszej ochoty, ale przecież miałam dzisiaj tyle rzeczy do zrobienia, a do tego Yoh miał wrócić z wyprawy w góry. Yoh wraca? O Boże, Yoh wraca! Ogarnęła mnie nieposkromiona radość. Yoh wracał! Nareszcie! W życiu żaden miesiąc nie ciągnął mi się tak długo jak ten. Wygramoliłam się z pościeli i zaczęłam się szykować. Musiałam wyglądać jak najlepiej. Yoh musiał paść z zachwytu jak mnie tylko ujrzy, a potem cały dzień nie wyjdziemy z łóżka. Zaczerwieniłam się lekko na własne myśli. Zaczęłam przebierać w szafie. Nie tak dawno dostałam wiadomość o śmierci szalonej watahy. Odetchnęłam z ulgą. Oznaczało to tylko, że Yoh nie wróci z pustymi rekami. Kto wie może go czymś odznaczą? To właśnie mój ukochany. Zdecydowałam się na letnią sukienkę, którą dostałam od siostry, Any, przed ślubem. Miała mi przynosić szczęście. Ana nie była przekonana do mojego ślubu z Yohem. Ogólnie była na Pana Młodego sceptycznie nastawiona. Pewnie to dlatego, że poznaliśmy się w dziwnych okolicznościach. A może dlatego, że uważała, że w związku z zawodem Yoha nadszarpię sobie nerwy? Często wypominała mi, że przez jego pracę będę nieszczęśliwa. Nigdy nie wiadomo co się może stać, a konsekwencje mogą być tragiczne. Nigdy nie wsłuchiwałam się w jej słowa. Głównie dlatego, że wiedziałam, że ma racje. Ana zawsze była bardzo rozważna. Od dziecka mówiła mi co mam robić, a czego nie. Nigdy się nie myliła. dzięki mojej poważnej, ostrożnej, starszej siostrze zawsze wychodziłam bezpiecznie z groźnych sytuacji. Robiła mi za matkę, której, praktycznie, nie miałyśmy. Do dzisiaj jest stanowcza. Za to ją kocham. Mimo, że dalej nie jest zadowolona z mojego związku, na moim weselu bawiła się cudownie. Do Yoha również się już przekonała.
Związałam włosy, ubrałam się, nałożyłam nawet lekki makijaż, czego zwykle nie robię, i wyszłam zadowolona z domu. Na zewnątrz słońce cudownie świeciło i wiał lekki wiosenny wietrzyk, dzięki któremu nie było zbyt gorąco. Nie miałam pojęcia, o której pojawi się Yoh, dlatego postanowiłam pójść do Any, która, jako, że była żoną zarządcy miasta, wszystko wiedziała jako pierwsza. Chciałam śpiewać i tańczyć niczym w jakiejś bajce. Biegłam w podskokach witając się ze wszystkim co się poruszało. Niedaleko domu Any zauważyłam ją. Siedziała przy fontannie z twarzą złożoną na rekach. Podeszłam do niej cichutko i usiadłam obok.
- Ana? Wszystko w porządku?
Poderwała się z miejsca i spojrzała na mnie oczami pełnymi żalu i bólu.
- Ayane. Myślałam, że jeszcze śpisz.
- Yoh dzisiaj wraca, musiałam się naszykować. Płakałaś. Ana proszę powiedz mi co się stało?
Spuściła głowę. Po chwili usiadła z powrotem i złapała mnie za ręce.
- Ayane... Słyszałaś, że Yoh pokonał jednak watahę?
Spojrzała mi głęboko w oczy. Zaczęłam mieć złe przeczucia.
- Jestem pewna, że słyszałaś. A wiesz w jaki sposób to zrobił?
Pokręciłam głową. Nie było tego w raporcie, a powinno być.
- Nie wiadomo czemu, ale spadła lawina. Akurat w miejscu gdzie były Wilkołaki. I Yoh.
Moje serce na moment przestało bić. Przestałam oddychać, a nawet poruszać się. Czułam tylko pustkę.
- C-Co masz n-n-na myśli? - wychrypiałam w końcu.
Ana ścisnęła moje dłonie, ale nie poczułam bólu ani dyskomfortu. Nic w tym momencie nie czułam.
- Yoh, Yoh już tutaj nie wróci.
Wyszarpałam dłonie z uścisku Any. Poderwałam się do góry.
- Nie! Nie możliwe. Dlaczego kłamiesz? Wróci. Obiecał mi! Przyrzekł, że nic się nie stanie! Nie mają dowodów!
Nie zdawałam sobie sprawy, że mowa zamieniła się w krzyk. Wypowiadając ostatnie słowo zaczęłam jęczeć. To nie był nawet krzyk, tylko głośny, bezkształtny jęk. Stałam na środku drogi i płakałam, ale nie wylałam ani jednej łzy. Nie potrafiłam. Ból rozszarpywał mnie od środka. Moje serce pękło, w płucach brakowało powietrza, a reszta to była tylko pusta przestrzeń. Próżnia, która pochłaniała moje łzy. Przecież obiecał. Obietnic się nie łamie. Zdrajca! Oszust! Zawsze gdy coś mi obiecywał, dotrzymywał danego słowa. Dlaczego akurat tym razem złamał słowo? Czemu? Dlaczego teraz, kiedy to było dla mnie tak strasznie ważne? Nie wiem, w którym momencie Ana mnie przytuliła, nie wiem, w którym momencie znalazłam się w domu, nie wiem, w którym momencie jęk przerodził się w płacz, a płacz w histerię. Wiedziałam tylko, że Ana ze mną była. Cały czas. Ona również płakała.
***
Kilka dni później należało urządzić pogrzeb. Postawiono jedynie nagrobek. Trumna nie była potrzebna. Ciała nie znaleziono. Poszukiwania trwały 3 dni. Znaleziono tylko 2 Wilkołaki. Ludzie zaczęli schodzić się do domów. Byli zmęczeni i głodni. Nawet się ucieszyłam. Nie chciałam widzieć jego martwego, zimnego ciała. Wolałam go pamiętać za życia. Ceremonia była skromna, jednak ludzi przyszło wielu. Wszyscy składali mi kondolencje, a ja... miałam tego po prostu dosyć. Pojawiło się również kilka żon łowców, którzy zostali zamordowani przez watahę. Obiecały, że będą się modlić za Yoha i dziękowały mi z całego serca. Teraz rozumiałam ich ból. Ksiądz zaczął swoją piękną przemowę, a ja pomyślałam, że zapewne Yoh wziąłby to za niepotrzebną szopkę. Na pogrzebie pozwoliłam wypłynąć tylko trzem łzom. Za dużo już płakałam. Yoh nie byłby ze mnie zadowolony. Nigdy nie zwracał mi uwagi, ale nie znosił kiedy płakałam. Ogólnie kiedy kobiety płakały, ale ja byłam "szczególnym przypadkiem". Czuł się wtedy całkowicie bezsilny, co było po nim widać. Po pogrzebie parę osób chciało ze mną zostać, ale wolałam być w tym momencie sama. Zsunęłam się po ścianie i usiadłam bezsilnie na podłodze. Ból był tak niewyobrażalnie wielki, ale nie myślałam o samobójstwie jak niektóre kobiety. Wciąż miałam dla kogo żyć. Cząstka Yoha wciąż była we mnie i rozwijała się we własnym tempie. Postanowiłam, że kiedy podniosę się z podłogi to znów będę starą dobrą Ayane, która przestanie wciąż płakać i weźmie się w końcu do roboty, ale... moje ciało nigdy nie było tak ciężkie jak w tej chwili.
***
Auuuu... Moja głowa. Moja ręka. Wszystko mnie w tej chwili bolało. Nawet powieki, które chciałem unieść, a nie mogłem. Mimo wszystko trzeba by się w końcu obudzić, ale zaraz, zaraz co to za głosy?
- I sprowadziłaś go tak po prostu tutaj?! A co jeśliby zrobił ci krzywdę? - zawołał męski głos.
- Przestań! Przecież nie mogłam go tak po prostu zostawić. Zamarzłby na śmierć! Zanim go tu przywiozłam i tak był ledwo żywy. Wiesz przecież, że co jak co, ale się na tym znam - odpowiedział z kolei damski głos.
- Inori nie chodzi o to, że mu pomogłaś. Zrobiłaś bardzo dobrze, ale mogłaś pójść po kogoś do pomocy. Zauważyłaś ile ten facet miał przy sobie broni? jakby się nagle obudził i cie zaatakował to już nie byłabyś taka szczęśliwa jak w tej chwili.
- Tetsu, kochanie. Uwierz mojej intuicji. kobieca intuicja nigdy się nie myli zapamiętaj to sobie. A teraz cicho, bo chyba się budzi.
Teraz to już musiałem podnieść powieki. Interesowało mnie gdzie jestem i jak się tu znalazłem. Chociaż miałem o wiele ciekawsze pytania do tej dwójki. Otworzyłem oczy, a tuż przed moją twarzą ujrzałem różowowłosą dziewczynę. Uśmiechniętą od ucha do ucha i chyba czekającą aż coś powiem.
- Eee... Hej?
Za dziewczyną stał mężczyzna. Nie miał zbyt ufnej miny, ale wyglądał na porządnego gościa.
- Hej! Ja jestem Inori, a ten naburmuszony za mną to Tetsu. Wszystko ok? Jak masz na imię? Skąd jesteś?
Mówiąc to przyłożyła mi do skroni woreczek z lodem. Dopiero teraz zauważyłem, że głowę mam ciasno obwiązaną bandażem, a ręka wisi na temblaku.
- Ok, ale byłem pewien, że wy odpowiecie mi na dwa pozostałe pytania.
- Jak to? Nic nie pamiętasz?
- Nie, nie zbyt. Chociaż chyba mam na imię Yoh, ale pewny nie jestem.
Wymienili się spojrzeniami. Chłopak kiwnął głową.
- Możesz u nas zostać do czasu aż przypomnisz sobie skąd jesteś i kim jesteś.
- Dzięki. I dziękuje za bandaże.
- Nie ma sprawy, ale zanim podziękujesz musisz się dowiedzieć, że my jesteśmy shiki, a dokładnie to jesteśmy wampirami - odezwał się Tetsu.
Ani mnie ta informacja nie wystraszyła, ani nie zdziwiła. Musiało to oznaczać, że albo miałem styczność z wampirami, albo sam jestem shiki. Bardziej mnie skłaniało do pierwszej odpowiedzi.
- Widzę, że przyjąłeś to spokojnie. Ciesze się. Nie musisz się martwic, że będziemy cie wąchać czy też próbować. Jesteśmy na diecie zwierzęcej.
- Najpierw chciałbym żebyście mi opisali co się w ogóle ze mną stało?
- Zaraz ci powiem tylko najpierw chodź ze mną do kuchni tylko powoli. Dopiero co wyszedłeś z hipotermii. Przygotuje coś do picia - znów odezwała się Inori i zaczęła prowadzić mnie do kuchni.
Zapowiadało się ciekawie. Teraz moim głównym celem będzie przypomnienie sobie kim właściwie jestem, a potem... Przyszłość pozostaje tajemnicą.
***
Minęło ponad pół roku od śmierci Yoha. Około 7 miesięcy. Przyzwyczaiłam się do jego nieobecności. Wszyscy myślą, że już zapomniałam o bólu, o cierpieniu, ale ja wciąż pamiętam. Nie jest to tak silne jak na początku, ale kiedy zostaje sama wspomnienia wracają. Jego uśmiech,spojrzenie, czułe gesty... Ana już od dłuższego czasu bawi się w swatkę. Chce znaleźć ojca. Dla dziecka. Dziecka mojego i Yoha...
Zdecydowałam już, że nasze maleństwo będzie dorastać bez ojca. Każdemu z kandydatów brakuje tego czegoś, co miał Yoh. Uznałam, że lepiej będzie jeśli moja fasolka będzie dorastała z samotną matką niż w rodzinie, w której rodzice nie będą potrafili się pokochać. Zdawałam sobie sprawę, że znalezienie chłopaka dla ciężarnej dziewczyny nie jest proste i byłam za to wdzięczna Anie, ale wolałabym gdyby odpuściła. Pogłaskałam się po wydętym brzuchu. Maleństwo już się poruszało i kopało mnie delikatnie. Zawsze czuło kiedy byłam smutna lub zła i potrafiło jednym, mocnym kopnięciem przywrócić mnie do porządku. Termin porodu zbliżał się nieubłaganie. Nie mogłam się doczekać aż ujrzę moją drobinkę. Czyje ma oczy? Czyje włosy? Czyj nos, czyj podbródek? Uśmiech? W każdym razie pokój dziecięcy był już gotowy. Razem z Aną miałyśmy przy nim mnóstwo roboty, ale też i śmiechu. W paru miejscach widoczne było, że nie pomagała nam żadna męska ręka. Zwłaszcza przy miejscach gdzie były wbijane gwoździe, ale za to mebelki były stabilne i nie zwiastowały przyszłej rozwałki. Błękitne ściany miały poprzyklejane gwiazdki na suficie. Nie wiedziałam jeszcze czy dziecko będzie chłopcem czy dziewczynką, ale będąc dzieckiem zawsze marzyłam tym, aby pojeździć na spadających gwiazdach jak na karuzeli. Chciałam móc całą noc oglądać niebo. Gwiazdy, komety, chmury, księżyc, słońce... to było coś co od zawsze mnie oczarowywało. Nie raz i nie dwa starałam się dostać na księżyc i machałam Panu Twardowskiemu, aby zabrał mnie do siebie choć na małą chwilkę. Marzenia się spełniają to fakt, ale... nie wszystkie spełniają się tak łatwo jakbyśmy chcieli, a czasem nawet niosą za sobą poświecenie nasze lub naszych bliskich.
Zdecydowałam już, że nasze maleństwo będzie dorastać bez ojca. Każdemu z kandydatów brakuje tego czegoś, co miał Yoh. Uznałam, że lepiej będzie jeśli moja fasolka będzie dorastała z samotną matką niż w rodzinie, w której rodzice nie będą potrafili się pokochać. Zdawałam sobie sprawę, że znalezienie chłopaka dla ciężarnej dziewczyny nie jest proste i byłam za to wdzięczna Anie, ale wolałabym gdyby odpuściła. Pogłaskałam się po wydętym brzuchu. Maleństwo już się poruszało i kopało mnie delikatnie. Zawsze czuło kiedy byłam smutna lub zła i potrafiło jednym, mocnym kopnięciem przywrócić mnie do porządku. Termin porodu zbliżał się nieubłaganie. Nie mogłam się doczekać aż ujrzę moją drobinkę. Czyje ma oczy? Czyje włosy? Czyj nos, czyj podbródek? Uśmiech? W każdym razie pokój dziecięcy był już gotowy. Razem z Aną miałyśmy przy nim mnóstwo roboty, ale też i śmiechu. W paru miejscach widoczne było, że nie pomagała nam żadna męska ręka. Zwłaszcza przy miejscach gdzie były wbijane gwoździe, ale za to mebelki były stabilne i nie zwiastowały przyszłej rozwałki. Błękitne ściany miały poprzyklejane gwiazdki na suficie. Nie wiedziałam jeszcze czy dziecko będzie chłopcem czy dziewczynką, ale będąc dzieckiem zawsze marzyłam tym, aby pojeździć na spadających gwiazdach jak na karuzeli. Chciałam móc całą noc oglądać niebo. Gwiazdy, komety, chmury, księżyc, słońce... to było coś co od zawsze mnie oczarowywało. Nie raz i nie dwa starałam się dostać na księżyc i machałam Panu Twardowskiemu, aby zabrał mnie do siebie choć na małą chwilkę. Marzenia się spełniają to fakt, ale... nie wszystkie spełniają się tak łatwo jakbyśmy chcieli, a czasem nawet niosą za sobą poświecenie nasze lub naszych bliskich.
***
7 miesięcy. Mniej więcej tyle spędziłem u Inori i Tetsu. Długo? Krótko? Nie wiem. Dla faceta z amnezją czas leci inaczej. Stoisz sobie w kuchni i robisz kanapkę, ale w pewnej chwili obraz się rozmazuje i już znajdujesz się w zupełnie innym miejscu. Jesz te samą kanapkę, którą chciałeś sobie przed chwilą zrobić, ale nie jesteś w kuchni, a w leśniczówce. Nie stoisz, a siedzisz i to przed kominkiem, mając obok siebie... pewnie jakieś zwierzątko, ale kiedy chcesz się odwrócić i dowiedzieć się co, lub kto, drapie cie po głowie, z powrotem jesteś w tej samej kuchni co przed chwilą. I teraz już nie wiesz czy minęła minuta, godzina czy sekunda. Nie wiesz nawet gdzie jesteś ani kim jesteś. Potem jeszcze godzinę zastanawiasz się co się tak właściwie stało i ogółem tak właśnie mija ci pół dnia. Cholera. A co tak właściwie o sobie wiem? Jestem Yoh. Mam jakieś 25 lat na oko. Byłem łowcą, co wynika z tego, że skojarzyłem, że moi gospodarze to wampiry, z wspomnień i z tego, że jestem całkiem niezły walce. chociaż jak na razie wykazałem się tym tylko na polowaniu. Prawdopodobnie nie mam rodziny, ale chyba mam jakiegoś kumpla czy dziewczynę, bo w moich wspomnieniach często jest jakaś osoba i to prawdopodobnie wciąż ta sama. Ciągle nie wiem skąd jestem, ale wiem, że jest tam spora, piękna fontanna. O sobie kojarzę wiele faktów, m.in. moje wady, zalety, zainteresowania, co lubię, a czego nie, moje sekrety też nie wyleciały mi z głowy jakimś cudem, plus parę wspomnień z dzieciństwa lub sprzed wypadku. Można przyznać, że pamiętam dość sporo. Czuję jednak, że jest coś co nie daje mi spokoju. Jakieś wspomnienie? Może istota? Robię wszystko co tylko mogę żeby przypomnieć sobie co lub kto zaprząta mi głowę, ale wszystkie te trudy idą na marne. Nie powinienem już tak długo siedzieć na głowie Tetsu i Inori. Jestem dorosłym mężczyzną i powinienem sam radzić sobie z problemami. Mimo wszystko chciałbym dowiedzieć się o sobie czegoś jeszcze.
- Yoh? Yoh! YohYohYohYohYoh!!!
- Inori! Stało się coś?
Inori wyglądała na podnieconą. Miała zaróżowione policzki, a w jej oczach błyszczały szalone, radosne płomyki.
- Wiesz, że niedawno Tetsu był w podróży, aby handlować z Wampirami zza gór? Znalazł tam Zaklinacza. Jesteśmy przekonani, że On może pomóc Ci w powrocie twojej pamięci!
Mimo, że ucieszyła mnie ta wiadomość, nie dawałem sobie wielkich nadziei. Z tego co pamiętałem z moich wypraw łowieckich, podczas postojów w różnych wioskach, często spotykałem Zaklinaczy, Wieszczy i Wiedźmy. Najczęściej byli oszukani. Prawdziwi najpewniej ukrywali swoje zdolności. Gdyby zwykli ludzie odkryli nagle, że ich sąsiad potrafi im pomóc w spełnieniu swoich marzeń, nie daliby mu spokoju. Uśmiechnąłem się do młodej Wampirzycy. Była pełna nadziei. Nawet gdybym się nie zgodził, na zaglądanie do mojej głowy, to Inori, zapewne siłą, posadziłaby mnie na stołku, a potem walnęła wałkiem w głowę żebym za szybko nie uciekał. Widząc mój uśmiech różowowłosa dziewczyna zaklaskała w dłonie i kontynuowała swój wywód z prędkością światła. Wyłapałem tylko, że Zaklinacz zjawi się u nas za trzy dni razem z Tetsu. Będzie to wyglądało jak czytanie w myślach. Miałem być nieprzytomny, a wyciągane z mojej głowy wspomnienia pojawiałyby się przede mną jakbym tam był. I ja, i Inori, i Tetsu, i Zaklinacz będą również je widzieli. Nie podobało mi się to, że moje osobiste, prywatne myśli będą się rozciągały jak w kinie przed całym tym zbiorowiskiem. Pozostało mi czekać, a trzy dni mijały niespodziewanie szybko.
Zaklinacz był niskim, starym ludkiem. Karłem lub Krasnoludkiem. Długie białe włosy opadały mu na plecy i sięgały kolan, a broda gęsta i również biała zamiatała swoim końcem podłogę. Równie dobrze mógł być także Druidem, ale postanowiłem nie wnikać. Miałem ważniejsze rzeczy na głowie. Sam zabieg przypominał mi spotkanie z dentystą. Musiałem usiąść na krześle unieś wysoko głowę, a Zaklinacz krążył w kółko i w kółko oglądając moją głowę. Jestem pewien, że od jego przeszywającego wzroku wypadło mi kilka włosów. Czekałem tylko na moment aż każe mi mówić "Aaaaa...". Zaczynało mnie to już powoli nudzić. Za to Inori była zachwycona, a Tetsu wydawał się nieco zainteresowany. Nuda nie trwała długo, bo po chwili oberwałem czymś mocno w tył głowy i... straciłem przytomność. Do tej pory jestem pewien, że uderzenie było napakowane magią, w końcu nie jestem, ani nie byłem, tak słaby. Postanowiłem, że porządnie odpłacę się całej trójce za to uderzenie. Ogarnęła mnie ciemność, tylko i wyłącznie ciemność. A na samym środku stałem ja. Było to niczym świadomy sen, którego nigdy nie miałem. Usłyszałem chropowaty głos należący do Zaklinacza.
- Używam teraz magii. Możesz poczuć się trochę nieswojo i zrobi się gorąco. Kiedy zacznę wyciągać twoje wspomnienia poczujesz ból. Zignoruj go i skup się na tym co ważne. Ostrzegam cie jednak, że to co ujrzysz to najważniejsze wspomnienia dla samego ciebie. Nikt nie wie co możemy ujrzeć, a musisz wiedzieć, że to co zobaczymy może zmienić twoje życie.
Nie bałem się przyszłości. To ode mnie zależało jak się ona potoczy. Jeśli będę chciał do niej wrócić to wrócę, a jeśli nie to pozostanę tu gdzie jestem lub wyniosę się gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie nikt mnie nie może znać. Jednakże, to co działo się w mojej głowie... Dla mnie wyglądało to nieco inaczej. W mojej podświadomości ukazywały się różne drogi prowadzące do najskrytszych zakamarków. Skąd mogłem wiedzieć gdzie znajduje się to czego szukam? Nie wiem.
Mimo wszystko coś prowadziło mnie w tej ogarniającej ciemności na odpowiednią drogę. W oddali pojawiło się światło. Niby nie powinienem iść w stronę światła, a jednak nie mogłem się teraz zatrzymać. Będąc bliżej musiałem zasłonić oczy rękami, ponieważ blask oślepiał mnie. Był przeraźliwie jaskrawy i zamknąłem oczy. Czułem, że moje ciało przechodzi przez jakąś błonę lub coś w tym rodzaju. Po chwili zrobiło się nieco ciemniej. Przetarłem ręką powieki i przed sobą ujrzałem ciemny las. Wokoło rosło pełno paproci, a drzewa, głównie sosny i świerki, miały wyjątkowo grube pnie i sięgały nieba. Pod nimi, na ziemi, leżało mnóstwo brązowych igieł i rosły duże ilości mchu. Pogoda wskazywała na późną jesień. Spojrzałem w górę. Niebo przysłaniały ciemne, geste chmury, ale widać było księżyc w pełni. Usłyszałem szelest w krzakach. Odwróciłem się szybko w tamtą stronę. Z ciemności wyłonił się młody mężczyzna w płaszczu. Trzymał w dłoni broń, a jego mina wyrażała zdecydowanie i pewność siebie. Tym mężczyzną byłem ja. Nie pamiętałem czemu się tam znalazłem, ale zapewne było to związane z moją pracą. Drugi Ja rozglądał się wokoło jakby czegoś szukał. Nie zmieniłem się prawie wcale od tamtego czasu. Widoczne jednak było, że człowiek stojący przede mną był młodszy i to przynajmniej o 3-4 lata. Jego twarz wciąż miała młodzieńcze rysy i nie posiadał jeszcze tych kilku zmarszczek. Nie zatrzymał na mnie wzroku, więc zapewne mnie nie widział. Moje rozmyślania przerwał nagły wybuch i promień światła padający z nieba. Oślepił zarówno mnie jak i moją podobiznę. W lesie było dość jasno przez jasny księżyc, ale promień sprawił, że wokoło było jasno prawie jak w dzień. Drugi Ja prze moment nasłuchiwał, a po chwili zaczął biec w stronę końca światła. Pobiegłem za nim. Coś czułem, że nawet jeśli bym nie pobiegł to i tak by mnie zaciągnęło w tamte okolice. Przedzierałem się przez chwasty i drzewa. Wszystko przechodziło przeze mnie jakbym był duchem, ale i tak miałem lekkie problemy z poruszaniem się. W końcu obaj dotarliśmy w miejsce gdzie padał drugi koniec światła. Spojrzałem wysoko w górę. Blask był zbyt jasny i nie potrafiłem dojrzeć jak wysoko znajduje się jego początek. To wszystko... Wyglądało znajomo. Światło zaczynało powoli znikać. Zerknąłem w stronę mojego młodszego wcielenia. Jego uwagę przykuło coś zupełnie innego..., a może raczej ktoś. Nie byłem pewien czy na pewno widzę wszystko dobrze, ale na ziemi leżała naga, młoda kobieta. Drobna i filigranowa, ale zaokrąglona w odpowiednich miejscach, o młodzieńczej urodzie i... niebieskich włosach. Młody Ja wyciągnął latarkę. Jeśli chciał sobie popatrzeć to wcale mu się nie dziwie. Prawdopodobnie zrobiłbym to samo. Przyjrzał jej się dokładnie za wszystkich stron i ,kiedy uznał, że jest nieszkodliwa, wyciągnął z ogromnego plecaka derkę i zawinął w nią dziewczynę. Wziął ją na ręce podrzucając przy tym nieco, aby było mu wygodnie, i poszedł przed siebie w gąszcz. Nagle zrobiło się jasno, a ja odkryłem, że nie stoję już w samym środku lasu, a na skraju małej jaskini. Drugi Ja siedział przy ognisku, które powoli gasił. Wyglądał wyjątkowo poważnie. Prawdopodobnie nie dawało mu spokoju to, jak z nieba mogła spaść dziewczyna, a odpowiedzi mogła mu udzielić jedynie osóbka, która wciąż leżała nieprzytomna. Wcześniej byłem pewien, że zaglądanie w moją głowę w poszukiwaniu ważniejszych wspomnień będzie jedynie stratą czasu, a tu proszę jakie ciekawe rzeczy się działy. Sam miałem ogromną ochotę dowiedzieć się co i jak. Jak do tej pory nie przypomniało mi się nic z tego co zdarzyło się przed moimi oczami zaledwie parę minut temu. Nagle zza pleców usłyszałem głośne jęknięcie. Obudziła się. Domyśliłem się, że już za chwilę rozpocznie się przesłuchanie. Dziewczyna usiadła i z podniesionymi do góry rękami rozglądała się wokół. Nie przejęła się wcale tym, że z jej biustu zsunęło się jedyne okrycie w postaci derki. Swoimi dużymi oczami z uwagą obserwowała każdy ruch Młodego, który też już na nią patrzył. Był przerażająco poważny, ale w jego oczach czaiła się ciekawość i chęć przygody. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego pogodnie co wywołało dziwne uczucie w moim sercu. Ten uśmiech. Taki niepozorny i skromny, a rozpalał ogień w moim wnętrzu. Złapałem się za pierś jakby w nagłym napadzie zawału i miałem ochotę podbiec i wziąć ją w ramiona, bo poczułem ogromną tęsknotę za... No właśnie. Za czym?
- Cześć - odezwała się nieznajoma - Nie widziałeś może blondynki? Trochę starszej ode mnie i bardzo, bardzo ślicznej?
- Nie boisz się? - zapytał nieoczekiwanie Drugi Ja.
Spojrzała na niego lekko zakłopotana.
- A-A czego? Coś jest za mną?!
Zerwała się z miejsca i spojrzała za siebie. W sumie sam się dziwiłem, że nie jest przerażona sytuacją, w której się znalazła.
- Jesteś sama z facetem. W jaskini. Daleko od ludzi... Naga.
Spojrzała w dół na swoje nagie nogi, podbrzusze, brzuch i piersi. Podnosząc wyglądała na o wiele bardziej zakłopotaną niż chwile temu.
- Nie rozumiem. U nas właśnie tak się wszędzie chodzi. To całkowicie normalne. Przeszkadza ci to?
Nie wypadałoby gdyby powiedział, że tak, ale jeśli odpowiedziałby, że nie wyszedłby na zboka. Nawet mimo tego, że nikogo nie było w pobliżu wywołało to u niego lekkie rumieńce. Westchnąłem. Miękki jesteś. Weź się w garść i ignoruj jej długie, szczupłe nogi, płaski brzuch, delikatną skórę i te kuszące krągłości... To faktycznie niemożliwe.
- U was czyli gdzie? - wywinął się od odpowiedzi.
Dziewczyna uśmiechnęła się i wskazała w górę.
- To piękne miejsce, ale nie ma własnej nazwy. Każdy może je nazywać tak jak chce. Jest otwarte dla wszystkich i wszyscy są tam tacy mili. No może poza archaniołem Gabrielem. To straszny okrutnik.
- Kim ty tak właściwie jesteś? Jeszcze nie widziałem żeby kobiety spadały z nieba.
- I do tego dwie! Naprawdę nie widziałeś blondynki? Musiałyśmy się zapodziać po drodze.
Młody pokręcił wolno głową. Fascynujące. Czyżbym wcześniej miał do czynienia z aniołem? Dziewczyna nagle posmutniała. Usiadła na ziemi i pogrzebała palcem w piachu.
- Kim jestem? Anioł, który utracił swoje skrzydła staje się Demonem, ale Demon, który odrzuca Piekło? Teraz sama nie wiem kim lub czym jestem. Nawet nie człowiekiem. Dziwie się, że nie zamieniłam się w nicość - z jej oczu popłynęła jedna samotna łza - Mam nadzieje, że nie spotkało to Anę.
Uniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy Młodego.
- Ale, ani ja, ani Ana nie zrobiłyśmy nic złego! Naprawdę! Musisz mi uwierzyć!
Poczułem współczucie do młodej ex-Anielicy. Najpewniej czułem to samo również te kilka lat temu.
- Opowiedz mi co się stało i razem stwierdzimy czy jesteś winna, czy niewinna. Co ty na to?
- Yoh? Yoh! YohYohYohYohYoh!!!
- Inori! Stało się coś?
Inori wyglądała na podnieconą. Miała zaróżowione policzki, a w jej oczach błyszczały szalone, radosne płomyki.
- Wiesz, że niedawno Tetsu był w podróży, aby handlować z Wampirami zza gór? Znalazł tam Zaklinacza. Jesteśmy przekonani, że On może pomóc Ci w powrocie twojej pamięci!
Mimo, że ucieszyła mnie ta wiadomość, nie dawałem sobie wielkich nadziei. Z tego co pamiętałem z moich wypraw łowieckich, podczas postojów w różnych wioskach, często spotykałem Zaklinaczy, Wieszczy i Wiedźmy. Najczęściej byli oszukani. Prawdziwi najpewniej ukrywali swoje zdolności. Gdyby zwykli ludzie odkryli nagle, że ich sąsiad potrafi im pomóc w spełnieniu swoich marzeń, nie daliby mu spokoju. Uśmiechnąłem się do młodej Wampirzycy. Była pełna nadziei. Nawet gdybym się nie zgodził, na zaglądanie do mojej głowy, to Inori, zapewne siłą, posadziłaby mnie na stołku, a potem walnęła wałkiem w głowę żebym za szybko nie uciekał. Widząc mój uśmiech różowowłosa dziewczyna zaklaskała w dłonie i kontynuowała swój wywód z prędkością światła. Wyłapałem tylko, że Zaklinacz zjawi się u nas za trzy dni razem z Tetsu. Będzie to wyglądało jak czytanie w myślach. Miałem być nieprzytomny, a wyciągane z mojej głowy wspomnienia pojawiałyby się przede mną jakbym tam był. I ja, i Inori, i Tetsu, i Zaklinacz będą również je widzieli. Nie podobało mi się to, że moje osobiste, prywatne myśli będą się rozciągały jak w kinie przed całym tym zbiorowiskiem. Pozostało mi czekać, a trzy dni mijały niespodziewanie szybko.
***
Zaklinacz był niskim, starym ludkiem. Karłem lub Krasnoludkiem. Długie białe włosy opadały mu na plecy i sięgały kolan, a broda gęsta i również biała zamiatała swoim końcem podłogę. Równie dobrze mógł być także Druidem, ale postanowiłem nie wnikać. Miałem ważniejsze rzeczy na głowie. Sam zabieg przypominał mi spotkanie z dentystą. Musiałem usiąść na krześle unieś wysoko głowę, a Zaklinacz krążył w kółko i w kółko oglądając moją głowę. Jestem pewien, że od jego przeszywającego wzroku wypadło mi kilka włosów. Czekałem tylko na moment aż każe mi mówić "Aaaaa...". Zaczynało mnie to już powoli nudzić. Za to Inori była zachwycona, a Tetsu wydawał się nieco zainteresowany. Nuda nie trwała długo, bo po chwili oberwałem czymś mocno w tył głowy i... straciłem przytomność. Do tej pory jestem pewien, że uderzenie było napakowane magią, w końcu nie jestem, ani nie byłem, tak słaby. Postanowiłem, że porządnie odpłacę się całej trójce za to uderzenie. Ogarnęła mnie ciemność, tylko i wyłącznie ciemność. A na samym środku stałem ja. Było to niczym świadomy sen, którego nigdy nie miałem. Usłyszałem chropowaty głos należący do Zaklinacza.
- Używam teraz magii. Możesz poczuć się trochę nieswojo i zrobi się gorąco. Kiedy zacznę wyciągać twoje wspomnienia poczujesz ból. Zignoruj go i skup się na tym co ważne. Ostrzegam cie jednak, że to co ujrzysz to najważniejsze wspomnienia dla samego ciebie. Nikt nie wie co możemy ujrzeć, a musisz wiedzieć, że to co zobaczymy może zmienić twoje życie.
Nie bałem się przyszłości. To ode mnie zależało jak się ona potoczy. Jeśli będę chciał do niej wrócić to wrócę, a jeśli nie to pozostanę tu gdzie jestem lub wyniosę się gdzieś daleko. Gdzieś, gdzie nikt mnie nie może znać. Jednakże, to co działo się w mojej głowie... Dla mnie wyglądało to nieco inaczej. W mojej podświadomości ukazywały się różne drogi prowadzące do najskrytszych zakamarków. Skąd mogłem wiedzieć gdzie znajduje się to czego szukam? Nie wiem.
Mimo wszystko coś prowadziło mnie w tej ogarniającej ciemności na odpowiednią drogę. W oddali pojawiło się światło. Niby nie powinienem iść w stronę światła, a jednak nie mogłem się teraz zatrzymać. Będąc bliżej musiałem zasłonić oczy rękami, ponieważ blask oślepiał mnie. Był przeraźliwie jaskrawy i zamknąłem oczy. Czułem, że moje ciało przechodzi przez jakąś błonę lub coś w tym rodzaju. Po chwili zrobiło się nieco ciemniej. Przetarłem ręką powieki i przed sobą ujrzałem ciemny las. Wokoło rosło pełno paproci, a drzewa, głównie sosny i świerki, miały wyjątkowo grube pnie i sięgały nieba. Pod nimi, na ziemi, leżało mnóstwo brązowych igieł i rosły duże ilości mchu. Pogoda wskazywała na późną jesień. Spojrzałem w górę. Niebo przysłaniały ciemne, geste chmury, ale widać było księżyc w pełni. Usłyszałem szelest w krzakach. Odwróciłem się szybko w tamtą stronę. Z ciemności wyłonił się młody mężczyzna w płaszczu. Trzymał w dłoni broń, a jego mina wyrażała zdecydowanie i pewność siebie. Tym mężczyzną byłem ja. Nie pamiętałem czemu się tam znalazłem, ale zapewne było to związane z moją pracą. Drugi Ja rozglądał się wokoło jakby czegoś szukał. Nie zmieniłem się prawie wcale od tamtego czasu. Widoczne jednak było, że człowiek stojący przede mną był młodszy i to przynajmniej o 3-4 lata. Jego twarz wciąż miała młodzieńcze rysy i nie posiadał jeszcze tych kilku zmarszczek. Nie zatrzymał na mnie wzroku, więc zapewne mnie nie widział. Moje rozmyślania przerwał nagły wybuch i promień światła padający z nieba. Oślepił zarówno mnie jak i moją podobiznę. W lesie było dość jasno przez jasny księżyc, ale promień sprawił, że wokoło było jasno prawie jak w dzień. Drugi Ja prze moment nasłuchiwał, a po chwili zaczął biec w stronę końca światła. Pobiegłem za nim. Coś czułem, że nawet jeśli bym nie pobiegł to i tak by mnie zaciągnęło w tamte okolice. Przedzierałem się przez chwasty i drzewa. Wszystko przechodziło przeze mnie jakbym był duchem, ale i tak miałem lekkie problemy z poruszaniem się. W końcu obaj dotarliśmy w miejsce gdzie padał drugi koniec światła. Spojrzałem wysoko w górę. Blask był zbyt jasny i nie potrafiłem dojrzeć jak wysoko znajduje się jego początek. To wszystko... Wyglądało znajomo. Światło zaczynało powoli znikać. Zerknąłem w stronę mojego młodszego wcielenia. Jego uwagę przykuło coś zupełnie innego..., a może raczej ktoś. Nie byłem pewien czy na pewno widzę wszystko dobrze, ale na ziemi leżała naga, młoda kobieta. Drobna i filigranowa, ale zaokrąglona w odpowiednich miejscach, o młodzieńczej urodzie i... niebieskich włosach. Młody Ja wyciągnął latarkę. Jeśli chciał sobie popatrzeć to wcale mu się nie dziwie. Prawdopodobnie zrobiłbym to samo. Przyjrzał jej się dokładnie za wszystkich stron i ,kiedy uznał, że jest nieszkodliwa, wyciągnął z ogromnego plecaka derkę i zawinął w nią dziewczynę. Wziął ją na ręce podrzucając przy tym nieco, aby było mu wygodnie, i poszedł przed siebie w gąszcz. Nagle zrobiło się jasno, a ja odkryłem, że nie stoję już w samym środku lasu, a na skraju małej jaskini. Drugi Ja siedział przy ognisku, które powoli gasił. Wyglądał wyjątkowo poważnie. Prawdopodobnie nie dawało mu spokoju to, jak z nieba mogła spaść dziewczyna, a odpowiedzi mogła mu udzielić jedynie osóbka, która wciąż leżała nieprzytomna. Wcześniej byłem pewien, że zaglądanie w moją głowę w poszukiwaniu ważniejszych wspomnień będzie jedynie stratą czasu, a tu proszę jakie ciekawe rzeczy się działy. Sam miałem ogromną ochotę dowiedzieć się co i jak. Jak do tej pory nie przypomniało mi się nic z tego co zdarzyło się przed moimi oczami zaledwie parę minut temu. Nagle zza pleców usłyszałem głośne jęknięcie. Obudziła się. Domyśliłem się, że już za chwilę rozpocznie się przesłuchanie. Dziewczyna usiadła i z podniesionymi do góry rękami rozglądała się wokół. Nie przejęła się wcale tym, że z jej biustu zsunęło się jedyne okrycie w postaci derki. Swoimi dużymi oczami z uwagą obserwowała każdy ruch Młodego, który też już na nią patrzył. Był przerażająco poważny, ale w jego oczach czaiła się ciekawość i chęć przygody. Dziewczyna uśmiechnęła się do niego pogodnie co wywołało dziwne uczucie w moim sercu. Ten uśmiech. Taki niepozorny i skromny, a rozpalał ogień w moim wnętrzu. Złapałem się za pierś jakby w nagłym napadzie zawału i miałem ochotę podbiec i wziąć ją w ramiona, bo poczułem ogromną tęsknotę za... No właśnie. Za czym?
- Cześć - odezwała się nieznajoma - Nie widziałeś może blondynki? Trochę starszej ode mnie i bardzo, bardzo ślicznej?
- Nie boisz się? - zapytał nieoczekiwanie Drugi Ja.
Spojrzała na niego lekko zakłopotana.
- A-A czego? Coś jest za mną?!
Zerwała się z miejsca i spojrzała za siebie. W sumie sam się dziwiłem, że nie jest przerażona sytuacją, w której się znalazła.
- Jesteś sama z facetem. W jaskini. Daleko od ludzi... Naga.
Spojrzała w dół na swoje nagie nogi, podbrzusze, brzuch i piersi. Podnosząc wyglądała na o wiele bardziej zakłopotaną niż chwile temu.
- Nie rozumiem. U nas właśnie tak się wszędzie chodzi. To całkowicie normalne. Przeszkadza ci to?
Nie wypadałoby gdyby powiedział, że tak, ale jeśli odpowiedziałby, że nie wyszedłby na zboka. Nawet mimo tego, że nikogo nie było w pobliżu wywołało to u niego lekkie rumieńce. Westchnąłem. Miękki jesteś. Weź się w garść i ignoruj jej długie, szczupłe nogi, płaski brzuch, delikatną skórę i te kuszące krągłości... To faktycznie niemożliwe.
- U was czyli gdzie? - wywinął się od odpowiedzi.
Dziewczyna uśmiechnęła się i wskazała w górę.
- To piękne miejsce, ale nie ma własnej nazwy. Każdy może je nazywać tak jak chce. Jest otwarte dla wszystkich i wszyscy są tam tacy mili. No może poza archaniołem Gabrielem. To straszny okrutnik.
- Kim ty tak właściwie jesteś? Jeszcze nie widziałem żeby kobiety spadały z nieba.
- I do tego dwie! Naprawdę nie widziałeś blondynki? Musiałyśmy się zapodziać po drodze.
Młody pokręcił wolno głową. Fascynujące. Czyżbym wcześniej miał do czynienia z aniołem? Dziewczyna nagle posmutniała. Usiadła na ziemi i pogrzebała palcem w piachu.
- Kim jestem? Anioł, który utracił swoje skrzydła staje się Demonem, ale Demon, który odrzuca Piekło? Teraz sama nie wiem kim lub czym jestem. Nawet nie człowiekiem. Dziwie się, że nie zamieniłam się w nicość - z jej oczu popłynęła jedna samotna łza - Mam nadzieje, że nie spotkało to Anę.
Uniosła wzrok i spojrzała prosto w oczy Młodego.
- Ale, ani ja, ani Ana nie zrobiłyśmy nic złego! Naprawdę! Musisz mi uwierzyć!
Poczułem współczucie do młodej ex-Anielicy. Najpewniej czułem to samo również te kilka lat temu.
- Opowiedz mi co się stało i razem stwierdzimy czy jesteś winna, czy niewinna. Co ty na to?
***
- Na górze mieszkałam odkąd pamiętam. Zawsze tam byłam, zawsze miałam skrzydła i zawsze lubiłam Ludzi. Jako Anioł mogłam robić mnóstwo wspaniałych rzeczy. Latać, tworzyć coś z niczego, a do tego nigdy nie chorowałam, nigdy nie czułam się głodna lub zmęczona. Na górze było praktycznie wszystko. Jeśli wymarzyłeś sobie truskawek to zaraz mogłeś sobie te truskawki w jakiś sposób zdobyć. Tak właściwie to jedzenie wcale nie było nam do niczego potrzebne. Każdy był tam miły i na swój sposób uroczy. Nic nas nie krepowało, mogliśmy robić wszystko, ale obowiązywało kilka zakazów, których koniecznie musieliśmy przestrzegać. Najważniejsze było to, że nigdy nie mogliśmy ujrzeć naszego Stwórcy. To było największe wykroczenie jakie Anioł lub Archanioł mógł popełnić. Stwórca cenił sobie prywatność i pozwalał podchodzić do siebie tylko trojgu zaufanych Archaniołów. Przekazywali oni później życzenia, humor, sentencje od samego Boga. Drugim najważniejszym wykroczeniem była pomoc Ludziom. Stwórca mawiał, że Świat rządzi się własnymi prawami. Jeden się rodzi, a drugi umiera robiąc miejsce dla nowego pokolenia. Bogaci wyrównywali się z biednymi, młodzi ze starymi, chorzy ze zdrowymi. Takie były, są i będą prawa natury i nikt nie ma prawa się do tego mieszać. I tutaj właśnie zaczyna się mój grzech. Jak już wspominałam Ludzie mnie ekscytowali. Ich wybory i decyzje, styl życia. Nie zyskałam rangi Archanioła w przeciwieństwie do mojej siostry Any, która inteligencją dorównywała samemu Bogu. Jako zwykły Anioł nie miałam żadnych obowiązków, ale również moje moce nie były wcale wielkie. Od czasu do czasu pomagałam innym w ich pracy lub przesiadywałam długie godziny u znajomych, ale jak długo można rozmawiać? Całe dnie potrafiłam przeleżeć, obserwując Ludzi, aż pewnego dnia mój wzrok zawędrował na jedną z biednych dzielnic. Wśród mieszkańców panował głód, choroby i ubóstwo. Jak Stwórca mógł tak po prostu pozostawić ich samym sobie? Kiedy zobaczyłam jedno z tych biednych, brudnych dzieci, które bezskutecznie żebrało na ulicy i, co gorsza, było traktowane przez resztę jak śmieć, pomogłam mu. Nagle na oczach całego zgromadzenia stało się czyste, zdrowe, ubrane w nowe ubranka i z fartuszkiem pełnym złotych monet. To szczęście w jego oczach... Złamałam wtedy jedną z dwóch świętych zasad. Miał to być jednorazowy bunt, ale... spodobało mi się. Ten dreszczyk emocji spowodowany tym, że w każdej chwili ktoś mógł cie przyłapać i, przede wszystkim, to ciepło na sercu kiedy widzisz, że to dziecko, któremu pomogłaś, oddaje pieniądze matce, ojcu i sąsiadom, a w oczach każdego z nich pojawiają się łzy szczęścia. Od tamtej pory robiłam to regularnie. Tylko jeden raz dla każdego żeby nie przesadzić. Sytuacja wśród biednych zaczęła się poprawiać, ale przez dobrobyt niejednemu charakter zmienił się na gorsze. Nie każdy poddawał się władzy pieniądza, ale niestety Ludzie nie dawali sobie rady z takim bogactwem i stawali się dumni, okrutni i fałszywi. Nie miałam pojęcia co powinnam robić. Nie mogłam przecież od tak zabierać majątku, który im podarowałam. Jak to mówili Aniołowie "Kto daje i odbiera, ten się w Piekle poniewiera". Dlatego też zmieniłam ilość złota na mniejszą i to faktycznie przynosiło rezultaty. Poza tym leczyłam Ludzi i uzupełniałam im spiżarnie. To spowodowało przeludnienie. Nawet bez skargi Śmierci, Stwórca prędzej czy później zauważyłby tę zmianę. Szybko wydało się, że to moja wina. Stanęłam przed Sądem Najwyższym. Nie różniło się to zbytnio od ludzkich sądów gdyby nie fakt, że sędzią był Bóg, na ławie przysięgłych zasiadali Archaniołowie i Aniołowie wyżsi rangą, a prokuratorem i oskarżycielem, w tym przypadku, była sama Śmierć. Czuła się oszukana, że istoty wyższe ingerują w jej pracę. Nie mogła dopuścić do tego, abym nie otrzymała kary. Tego dnia oskarżoną nie byłam tylko ja, ale... moja siostra Ana także. Archanioł Gabriel ten kapuś i burak doniósł na mnie i Anę tego samego dnia. Nie mam pojęcia jak zauważył co robiłyśmy. W sprawie siostry wiedziałam już wszystko. Doskonale wiedziałam co planowała zrobić i to już od dłuższego czasu, ale byłam przekonana, że cały proces rozpocznie dopiero za rok może dwa lata. Jako, że zawsze cechowała ją trzeźwość umysłu, ogromna inteligencja i jeszcze większa ciekawość, postanowiła zbadać Słońce. Żaden Anioł jeszcze tego nie zrobił, ponieważ, jeśli poleciało się zbyt wysoko, podobno, można było zobaczyć twarz Boga, a to była jedna z największych zbrodni. W czasie kiedy wszyscy jeszcze spali Ana, pewna, że nikt jej nie zobaczy, uniosła się w górę. Nie wiedziała jednak, że Gabriel już od dłuższego czasu ją obserwował. Jego ciepła posadka Archanioła była zagrożona. Podejrzewał, że moja siostra może zająć jego miejsce, dlatego ze wszystkich sił starał się wpakować ją w jakieś tarapaty. Udało mu się. Wyrok zapadł i ja i moja siostra zostałyśmy wygnane. Na nic nie zdały się przekonania, że chciałam pomóc ludzkości, a Ana robiła to dla dobra nauki, a nie żeby zobaczyć twarz Boga. Miałyśmy tylko krótką chwilkę żeby pożegnać się z naszymi przyjaciółmi. Serce rozdarło mi się w pół i płakałam prawie przez cały ten czas, a Ana... cóż, nie uroniła ani jednej, nawet najmniejszej, łzy, ale jej wyraz twarzy... Nigdy nie widziałam nikogo kto tak bardzo próbowałby wyglądać na silnego. U mnie pękło tylko serce, a Ana wewnętrznie była w kawałkach. Musiała opuścić kogoś, kogo tak bardzo kochała, a do tego ten "ktoś" okazał się być parszywym, dwulicowym łajdakiem. Ana kochała Archanioła Gabriela mocniej niż swoje księgi. Za jego szczęście oddałaby całą swoją wiedzę, a on tak okrutnie ją zdradził, a doskonale wiedział o jej uczuciach. Kiedy zostałyśmy wepchnięte siłą w światło, które miało nas wysłać na Ziemię, Gabriel, stał obok i patrzył. Nie potrafiłam nic wyczytać z jego oczu. Nie wiem czy czuł skruchę, żal czy dumę. Ana widząc go uśmiechnęła się tylko smutno i kiwnęła głową. W jej oczach natomiast, miłość wyparła smutek. Ona potrafiła czytać z niego jak z otwartej księgi, ale nie mam pojęcia co ujrzała. Schodząc na ziemię zostałyśmy rozdzielone. Pierwszą rzeczą, którą ujrzałam byłeś ty, a właściwie to twoja pierś. Pomogłeś mi prawda? Kiedy byłam nieprzytomna. Dziękuję ci, ale musisz mi pomóc w czymś jeszcze. Czy ja faktycznie jestem zła? Czy to co zrobiłam było złe?
- To bardzo poważne pytania i każdy może odpowiedzieć na nie inaczej, ale najpierw muszę wiedzieć jedno. Jak masz na imię.
- Ayane...
- To bardzo poważne pytania i każdy może odpowiedzieć na nie inaczej, ale najpierw muszę wiedzieć jedno. Jak masz na imię.
- Ayane...
***
Ayane. To imię, ta twarz. Wszystko zaczęło do mnie wracać w szaleńczym tempie. Dalej byłem we własnym wspomnieniu, wszystko toczyło się właściwym tempem, ale już nie pojmowałem co działo się wokół mnie. Boże Ayane! Tęsknota i napór emocji zwaliły mnie z nóg. Upadłem na zimną, twardą ziemię. Wspomnienia zaczęły mnie niekontrolowanie zalewać. Ukazywały się niesamowicie szybko, ale ja potrafiłem wszystko zobaczyć. Każde wspomnienie przelatywało z prędkością światła, co powodowało u mnie przeokrutne bóle głowy, ale widziałem je wyraźnie, słyszałem wszystko. Całe moje życie zaczęło układać się w mojej głowie. Zamazana twarz mojej matki stała się widoczna. To przecież po niej odziedziczyłem oczy. Dłonie ojca, które machały mi na pożegnanie, te których już nigdy więcej nie ujrzałem. Przyjaciele z pracy i z miasta, wszyscy tacy szczęśliwi, mój dom w całej okazałości, aż wreszcie to na co czekałem najbardziej. Ayane. Wszystkie dni, które z nią spędziłem. Cała radość i miłość powoli wylewała się ze mnie. Widziałem jej zmarszczony nosek kiedy coś jej się nie podobało. Jej błękitną sukienkę, tą którą pozwoliła mi z siebie zdjąć, kiedy w końcu była gotowa na nasze pierwsze współżycie seksualne. Jej dłonie, delikatne i malutkie, które mnie oplatały za każdym razem kiedy tęskniła za moją bliskością. Jej głos, jej uśmiech, jej oczy kiedy szła w moją stronę do ołtarza. Należała wtedy tylko i wyłącznie do mnie. Widziałem to w jej spojrzeniu. Jak mogłem o niej zapomnieć? Przecież jest tą jedyną, najważniejszą na świecie osobą. A ja zapomniałem? Tak po prostu? Niewybaczalne. Nagle obrazy w mojej głowie przestały się poruszać. Rozmazały się i pojawiła się twarz Ayane. Stała na wprost mnie. Zarumieniona i zdenerwowana zarazem. Już pamiętałem co miała zamiar mi powiedzieć. Spojrzała Drugiemu Mnie prosto w oczy. Nerwowo bawiła się palcami i była niespokojna, ale szczęśliwa.
- Jestem w ciąży.
Tak, to właśnie to wspomnienie. Drugi Ja tylko spojrzał na nią z niedowierzaniem w oczach i szczęśliwy, wykrzykując, że będzie miał dziecko, uniósł dziewczynę w górę i zaczęli się kręcić w kółko. Jak mogłem zapomnieć tak ważny dla nas dzień? Ayane prawdopodobnie nie mogła mieć dzieci. Niegdyś była Aniołem, a tam dzieci się nie rodzą tylko po prostu pewnego dnia przychodzą. To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Miło było znów ujrzeć szczęśliwą i zapłakaną Ayane, która tak bała się mojej reakcji, ale chciałem już jak najszybciej wydostać się z tych wspomnień i biec do niej ile sił. Minęło tyle czasu. Prawie 8 miesięcy. Dziecko mogło się już urodzić, a ona mogła sobie znaleźć nowego męża, ale obiecałem, że wrócę. Moje serce na moment zamarło na myśl o samotnej, opuszczonej Ayane. Zacząłem krzyczeć żeby mnie wypuścili, a kiedy pojawiło się wspomnienie związane z moją obietnicą powrotu zacząłem drzeć się jeszcze bardziej. To smutek, przerażenie w jej oczach kiedy prosiła mnie żebym jej nie zostawiał. Wiedziała, że coś się mogło stać, a ja niewiele myśląc po prostu przyrzekłem jej, że wrócę. W jednym momencie moje serce przebił niewidzialny, zimny nóż. Nawet nie zauważyłem, że klęczę na podłodze, a przede mną stoją moi przyjaciele oraz ten cały Zaklinacz. Widzieli wszystko to co ja. Wiedzieli już, że nie powstrzymają mnie żadne słowa i po prostu pobiegnę przed siebie. Tak właśnie zrobiłem. Kiedy zdałem sobie sprawę, że już nie jestem w mojej głowie, podniosłem się na drżących nogach i pobiegłem. Wypadłem na zewnątrz, na mróz i śnieg, bez żadnej kurtki czy też płaszcza. Po prostu biegłem. Musiałem. Po chwili obok mnie zjawili się Inori i Tetsu w wozie. Oboje szczęśliwi i zapłakani. Nic nie mówili. Wiedzieli, że potrzebowałem chwili na przemyślenia. Byłem im wdzięczny za to, że wybiegli za mną i przyprowadzili powóz. Śnieg sypał mi w oczy i przysłaniał widoczność, a zaraz miałem wkroczyć do lasu. Koniom to nie przeszkadzało, ale także miały utrudnione warunki pracy. Miasteczko nie było wcale tak daleko, ale podróż piechotą zajęłaby mi około godziny. Wciąż zadręczałem się wyrzutami sumienia dopóki z daleka nie ujrzałem znajomego mi budynku. Ratuszu. Czułem jakby ktoś wylał mi na serce coś ciepłego. Przed moimi oczami pojawiło się to co tak bardzo sobie ukochałem. Kolejny raz dałem ponieść się emocjom i wyskoczyłem z wozu. Zdenerwowany całą sytuacją czułem nawet większą siłę w nogach. Prawdopodobnie to był najszybszy bieg jaki kiedykolwiek wykonałem. Przebiegłem przez główną bramę i wszystko było tak cudownie znajome. Ratusz, fontanna, ludzie. Mieszkańcy oglądali się za wciąż biegnącym mną ze zdziwieniem, ale też radością. Poznawali mnie. Niedaleko zauważyłem także Anę, w której oczach zaiskrzyły łzy. Nie zatrzymałem się. Psy szczekały na mój widok, a przede mną rozpościerał się już mój dom. Ten który razem z Ayane budowaliśmy własnymi rękami, ten, w którym mieliśmy oboje tyle pięknych wspomnień, ten, w którym zaraz się znajdę. Krzyknąłem na cały głos:
- Ayane!
- Ayane!
***
Pierwszy raz od dłuższego czasu miałam dobry humor. Miałam wrażenie, że wydarzy się coś dobrego. Myślałam, że może dziecko się w końcu urodzi? W końcu czemu nie? Najwyższa pora! Zwisający, wielki brzuch, z którym czułam się co najmniej jak hipopotam, zaczął mi już przeszkadzać. Halo? Słonko? Czas wychodzić. No już! Usiadłam niezgrabnie na ziemi przed kominkiem. Nie myślałam o tym jak się za moment podniosę, a to byłby nie lada wyczyn. Na dworze panował okropny mróz. Śnieg był tak gęsty, że zasłaniał widok. Nie miałam ochoty nigdzie wychodzić. Zwłaszcza w moim obecnym stanie. Moje chodzenie wyglądało mniej więcej tak: krok-przerwa, krok-przerwa, oddech. Kolejny raz myśląc o dziecku, pomyślałam także o Yohu. Jak się miewa? Czy patrzy na nas z góry? Czy również oczekuje narodzin naszego maleństwa? Kolejny raz ogarnęło mnie przygnębienie. To mojemu mężowi zawdzięczałam wszystko co miałam. Akceptację, miłość, rodzinę, własny zakątek. Podczas gdy rozmyślałam wiatr w rurach wydawał okrutne zgrzyty. Zagłuszał wszystko... oprócz jednego dźwięku. W tym całym hałasie, usłyszałam swoje imię. Imię, które wypowiadał głos tak bardzo znajomy. Ociężale podniosłam się z ziemi. Zajęło mi to około minuty, a do tego miałam trzy próby. Ruszyłam w stronę drzwi. Otworzyłam je i na moment oślepiła mnie biel śniegu. Zauważyłam człowieka stojącego niedaleko mojego domu. Przyglądał mi się. Na moment przestałam oddychać, a moje serce, zamiast się zatrzymać, zabiło głośno i szybko.
- Y-Yoh?
Ruszyłam w jego kierunku. Czy to możliwe? Czy to on? Czy może jego duch przyszedł mnie zobaczyć? Ależ skąd. On stał naprzeciwko mnie. Wszystko toczyło się jak w zwolnionym tempie kiedy zaczął biec w moją stronę.
- Ayane!
Wciąż starałam się iść krok po kroczku co wymagało ode mnie wiele wysiłku. W końcu stało się to na co tak długo czekałam. Yoh wziął mnie w swoje ramiona. Padliśmy razem na ziemię, tuląc się. Oboje płakaliśmy. Nasze łzy kapały na śnieg i tworzyły jedną wspólną kałużę. Nie chciałam go puszczać. Tak bardzo chciałam na niego spojrzeć, żeby sprawdzić czy to na prawdę on, ale bałam się. Co jeśli nagle by zniknął? Co bym wtedy zrobiła? To byłby koniec. Nie odrywaliśmy się od siebie. Klęczeliśmy na zimnym śniegu, wśród śnieżycy. To ciepło, które od niego czułam, duże ręce, które dotykały moich włosów i mocno zaokrąglonego brzucha, były tak bardzo znajome. W końcu Yoh pocałował mnie w czoło, a ja odważyłam się na niego spojrzeć. Pierwszy raz widziałam żeby płakał. Wyglądał jak małe dziecko. Taki szczęśliwy. Na jego twarzy było tak miele łez. Starłam je rękoma uśmiechając się. Oparliśmy się o swoje czoła i ściskając się patrzyliśmy sobie w zapłakane oczy.
- Dobrze w końcu wrócić - wyszeptał Yoh.
- Kocham cię - odpowiedziałam.
Yoh przybrał bardzo poważny wyraz twarzy i pocałował mnie namiętnie. Tak dawno nie byłam całowana, że prawie zapomniałam jakie to uczucie. Chciałam prosić żeby nie przestawał, ale on oderwał się i powiedział mi na ucho:
- Tak bardzo cię kocham. Nie wyobrażam sobie życia bez ciebie. Jesteś moim marzeniem.
Załkałam. Wiedziałam już, że nigdy nie zapomnę tych słów. Nawet nie zauważyliśmy, że wokół nas stoją już Ana z mężem i dwójka innych osób w powozie. Yoh cały czas trzymał dłoń na moim brzuchu. Widziałam to szczęście w jego oczach kiedy nasze maleństwo delikatnie się poruszyło. Nie miałam serca mu mówić, że robiło to już regularnie o określonych porach dnia. W końcu wstaliśmy z ziemi cały czas się nie puszczając aż prawie upadłam na ziemię. Nogi się pode mną ugięły i złapał mnie bardzo bolesny skurcz. Całe szczęście Yoh mnie złapał i przytrzymał delikatnie. Twarz mojego męża ze szczęśliwej zmieniła się na przerażoną. Sama nie wiedziałam co się stało tak nagle dopóki nie poczułam, że po moich nogach spływa coś gorącego.
- Wody mi odeszły - wyszeptałam zszokowana.
- Co?! - reakcja Yoha była bezcenna.
Jego oczy zrobiły się wielkie jak monety, a mina była nawet bardziej przerażona niż przed chwilą. Gdybyśmy byli sami Yoh nie poradziłby sobie z tą sytuacją, co wywołuje uśmiech na twarzy każdego, ale w tamtej chwili była z nami Ana, której reakcja była błyskawiczna.
***
4 lata później
- Mamo! Ratunku!
W ekspresowym tempie dobiegłam do mojej czteroletniej córeczki.
- Eri?! Co się stało? Wszystko w porządku?
Dopiero po chwili zauważyłam, że moje dziecko jest całe w czerwonym pyłku. Włosy, buzia, ręce, koszulka. Wszystko! Pół salonu miało czerwony kolor!
- Mamusiu - załkała - to nie chce zejść. Zaraz stanie się coś strasznego.
- Oj stanie się, stanie. Co ty zrobiłaś?
Podrzuciłam w ramionach pół rocznego malucha, który powoli zaczynał mi już ciążyć. Zapłakana buzia Eri wykrzywiła się kiedy mała usłyszała mój ton.
- Maaaaaamoooo... Ta-Tatuś dał mi magiczny proszek. Tatuś mi nie powiedział co się stanie jak się posypię, więc spróbowałam, a teraz mogę wybuuuuuuchnąć.
Malutka zaczęła płakać jeszcze głośniej przerażona, że coś jej się zaraz stanie. Spojrzałam teraz nieco rozbawiona na moją córeczkę i pogłaskałam ją po główce, podczas gdy jej braciszek Toshi złapał mnie za ucho.
- Kochanie nic się nie stanie. No już cichutko. Tatuś dał ci brokat. Do ozdabiania obrazków.
Eri momentalnie zaczęła być cicho.
- Brokat? Tata sobie ze mnie zażartował!
- Widocznie. Aaaaaale nie przytulaj się do mnie Słonko. Będę cała czerwona. Leć do łazienki się umyć i razem rozstrzygniemy się z tatą.
- Pójdę po pistolet na wodę!
- Tylko najpierw się umyj!
Zachichotałam pod nosem. Oj tak. Tatuś dostanie za swoje. Usiadłam na kanapie i karmiąc Toshi'ego piersią czekałam na jego powrót.
Nagle usłyszałam głos męża, który wrócił z pracy.
- Tatuś wrócił? - usłyszałam wołanie z łazienki.
- Tak! - zawołałam pewna, że córka zemści się na nieznośnym ojcu.
- Hej kochanie - powiedział do mnie i podszedł chcąc mnie pocałować.
Odwróciłam się od niego z udawaną złością. Zatupałam nogą groźnie. Yoh rozejrzał się po salonie.
- Co tu się...?! Oj...
Spojrzał na mnie błagając o litość, a ja spojrzałam na niego z groźnie z góry.
- Dziś to nie ja będę twoim katem.
Zrozumiał od razu. Na schodach pojawiła się nasza córuchna, która zaśmiała się złowieszczo. Z udawanym strachem Yoh padł przede mną na kolana.
- Nie błagam! Ayane, ochroń mnie przed tym diabłem! Nie daj mi jeść, wygnaj na kanapę byle to nie była ona!
Eri zeskoczyła z drugiego schodka i zaczęła polewać Yoha wodą z pistoletu na wodę.
- Eri, litości! Roztapiam się.
Yoh upadł teatralnie na podłogę.
- Zero litości tatusiu!
Mała wskoczyła mi na pierś i zaczęła polewać mu twarz. Gdyby ktoś teraz wszedł do naszego domu i usłyszał te krzyki i piski, pomyślałby, że jesteśmy rodziną wariatów. Byłoby w tym trochę racji. Razem z Toshi'm śmialiśmy się z ich wygłupów. Położyłam się na podłodze razem z Toshi'm i całą rodziną przygniataliśmy Yoha. Udawał, że zaczął powoli mdleć, a Eri wspaniałomyślnie zeszła z niego i rzuciła się na mnie.
- Ty mała zdrajczyni. Ratunku! Yoh! - krzyczałam.
- Hmm... Jak myślisz Eri, czy, w przypadku mamy, łaskotki nie byłyby lepsze?
- Ojjjjj tak! Na mamusię!
Po powrocie Yoh'a moje życie było wspaniałe. Każdy dzień przepełniony był śmiechem i miłością. Ta bajka nie miała mieć szczęśliwego zakończenia i wciąż nie ma. Nasza bajka wciąż trwa i będzie trwać po wieki, wieków...
Przepraszam za tak długą nieobecność na blogu. To moja pierwsza miniaturka. Mam nadzieję, że przejdzie próbę. Postaram się jeszcze kiedyś napisać coś podobnego. Na razie wypaliłam się. Najdłuższa notka w całym moim życiu. Mam nadzieję, że przypadła wam do gustu. Pozdrawiam!
jejku strasznie długa ale opłacało się ją czytać.
OdpowiedzUsuńBardzo dziękuję :)
UsuńKażdy nowy komentarz tak cieszy.
Ej, ej, ej, ej! Chyba cie znam! Czyżbym pisała do autorki jednego z blogów Dramione?